Nasz klient nasz pan?

Dostałam zlecenie - migracja portaliku do innego CMSa. Ciut nietypowa robota, ale się jej podjęłam. Był umówiony termin, zaznaczyłam przy tym, że mam jeszcze szkołę - nie było problemu. Zlecenie było w sumie raczej po koleżeńsku. Pierwszą rzeczą, za którą się zabrałam było zorientowanie się w budowie sajta (bajzel niemiłosierny) i przetransportowanie szablonu, do którego trzeba było wprowadzić dodatkowo troszkę poprawek. Przypadło mi to na dość ciężki tydzień, ale wszystko miałam w miarę rozplanowane i robota szła całkiem fajnie i przyjemnie.

I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie jeden problem - gość codziennie do mnie pisał domagając się szczegółów postępów, co, jak, gdzie i dlaczego tak mało. Zależy mu - ok, napisałam co robię. Dzisiaj natomiast zostałam elegancko opieprzona, bo "nic nie widać i kiedy coś będzie widać". Ręce opadają. Tłumaczę więc po raz setny jak sprawa wygląda - gość dalej swoje. Warunki pracy idealne wręcz -.-' Gość olał całkowicie wcześniejsze ustalenia, na które sam się zgadzał twierdząc, że nie ma problemu i wszystko mu odpowiada. Żeby było śmieszniej cała robota zaczęła się od tego, że zwlekał z wysłaniem materiałów nalegając przy tym, żebym już coś zaczęła robić.

Podziękowałam za współpracę. Przeboleję te kilka wieczorów, nie mam na utrzymaniu rodziny, mogę sobie na to pozwolić. Na przyszłość nie będę się brała za interesy ze znajomymi...

A wy, droga Braci Joggerowa, co sądzicie? Lepiej być na każde zawołanie zleceniodawcy 24/7 czy zapewnić sobie odrobinę komfortu pracy?

Kambek

Coming soon.